Dlaczego mężczyźni boją się niezależnych kobiet?

To bardzo trudne, albo i bardzo proste pytanie - dlaczego mężczyźni boją się niezależnych kobiet? Postaram się odpowiedzieć ze swojego doświadczenia. 

Po pierwsze - co to jest ta mityczna "niezależność"? Zawsze miałem problem z tym dziwnym słowem - "niezależność" - np. "kino niezależne" - od czego? Od pieniędzy? Życzę powodzenia w robieniu "kina" z niskim budżetem, bo do tego to się sprowadza. 
Niezależność od wpływu innych, czyli realizowanie swojej woli, wizji i oddychanie wolnością. 

OK, wróćmy na ziemię. Kobiety są dziś niezależne od mężczyzn przede wszystkim na planie finansowym - oderwały się od roli rodzicielek, zajmujących się głównie domem. Są niezależne, bo stać je na urządzanie życia po swojemu bez pytania jakiegoś faceta o zdanie, bez tego całego spierania się i konieczności tłumaczenia - bez... konfrontacji.

Zostawmy kobiety - nie jestem kobietą i nie mogę wchodzić w skórę kobiet, nawet mnie to nieszczególnie interesuje, bo wolę realizować się jako facet.

Czego facet może bać się w niezależnej kobiecie? - Najczęściej tego, że nie może mieć na nią łatwego wpływu - wpływu opartego na przewadze, na tym, że to on zapewnia jej byt, że dominuje intelektualnie, albo fizycznie.

Nie może w łatwy sposób okazać swojej siły, zaskarbić sobie jej wdzięczności.

A przecież życie jest najprostsze, gdy mamy coś, kogoś, najlepiej jak najwięcej aspektów rzeczywistości pod kontrolą.
Tylko czy to nie jest za proste, zbyt schematyczne myślenie - sprowadzanie wszystkiego do władzy, kontroli, do rywalizacji?
- Nie lubię prostych odpowiedzi!

Ciężko mi jest uchwycić odpowiedź na to pytanie, bo tak naprawdę przez wiele lat swojego życia nie uganiałem się jak przysłowiowy pies za kobietami. I wcale nie dlatego, żebym miał obniżony poziom testosteronu. 
Po prostu przez wiele lat byłem mocno introwertyczny, skupiony na sobie i swoich problemach i prawdę powiedziawszy ten czas był mi potrzebny, żeby popracować nad swoim charakterem. 

Chwile samotności, gdy człowiek jest zdany tylko na siebie, ale i nie chowa się całkowicie przed światem, a zamiast tego go obserwuje, są naprawdę cenne.

Gdy nie ma przy Tobie kogoś innego, widzisz w lustrze tylko swoje odbicie. Nie masz na kogo zrzucić winy za to, że się z czymś zmagasz, musisz znaleźć swoje sposoby na każdy z problemów, które napotykasz - jesteś w 100% właścicielem tego co masz, w całości za to odpowiadasz.

Wracając do tematu. Gdy facet spotyka silną kobietę, nieuległą, niezależną, wymagającą, która nie nagina się do jego oczekiwań, także oczekiwań wizualnych, czyli nie daje mu odczuć, że jest tam tylko po to, żeby on ją dopełnił - wtedy taka kobieta staje się dla niego lustrem.
Lustro jest chłodne i obiektywne, uwidacznia nasze skazy.  

Zaczyna się ciekawie - co robić? On może zachować się przynajmniej na trzy sposoby w tej sytuacji: 
1. Napierać, próbować przełamać kobietę, szukając jakiejś jej słabości - chociażby takiej, jak próżność, czy braki wiedzy w jakiejś dziedzinie (każdy z nas ma w czymś braki). Pójść w przechwałki, lub lawirować, bawić się, stukać do wielu drzwi, pukać, aż któreś z nich się otworzą i tamtędy się przecisnąć.

2. Odpuścić - czyli przetłumaczyć sobie, że to nie kobieta dla niego, potraktować ją jako koleżankę.

3. Wycofać się - fizycznie wycofać (odejść), emocjonalnie (skryć emocjonalnie, aby schować to, co wydaje mu się jego słabością), intelektualnie - czyli zrobić z siebie "nieociosanka", który przecież nie musi brylować, bo jest i tak spełniony.

Każdy z tych trzech sposobów jest łatwy, bo jest mocno ukierunkowany, a przez to prosty - "naprzód", "w bok", "w tył".

...można zrobić coś jeszcze - Facet może improwizować. Na bieżąco konfrontować to jakie emocje powoduje w nim ta kobieta, to co mówi, jakie ma reakcje na to, co on sam wypowiada i jego zachowania.
To flirt - to nieustanne nadawanie i odbieranie, to "ścieranie się" różnych energii. Różni się od trzech poprzednich tym, że nie jest gotowcem, nie jest bezpieczne, nie jest nieświadome, wymaga pracy, wymaga zaangażowania wielu sfer - doświadczania emocji, nastawienia na poznawanie, nieustannego nadawania i odbierania, odczuwania.

Jednak tak może zadziać się dopiero wtedy, gdy jest spełniony jeszcze jeden warunek (pierwszy to gotowość do konfrontacji - siebie z sobą, jej z nią, siebie z nią) - drugi warunek to czysta, niewymuszona intencja. Bez chęci do dominacji, do mierzenia się, lub chowania, do zrealizowania wyłącznie własnej potrzeby.

Ta intencja to chęć do poznania, sprawdzenia co się stanie. Ta intencja to ożywczy napęd dla tej całej interakcji, to chęć do poświęcenia kawałka tego jak ja się czuję dla kawałka tego, jak ty się poczujesz. 

Czasami boimy się drugiego człowieka tylko dlatego, że nadal boimy się siebie - lub nie cenimy dostatecznie, lub nie kochamy wystarczająco, ale i bez zbytniej przesady.
Kontrolujemy, żeby czuć się bezpiecznie, żeby nie wkroczyć na nieznany teren, lub nie poradzić sobie z jakimś zobowiązaniem. 

W niebezpiecznych czasach, po wojnach, epidemiach, po falach nieszczęść liczba urodzeń wzrastała, a ludzie mieli się ku sobie. 
W bezpiecznych czasach głębiej chowamy swe lęki zamiast je oswajać.

Czy naprawdę można bać się drugiego człowieka? Kobiety? 
O ile ta kobieta nie jest potencjalną morderczynią, to jest to chyba zupełnie bez sensu!

Jedno jeszcze jest pewne! Czysty wpływ możemy mieć tylko na siebie, bo siebie możemy kształtować w stu procentach. Nie jest zdrowe wywieranie wpływu na drugą osobę, o ile chcemy ją prawdziwie poznać. Znacznie lepsze jest powolne oswajanie.

Oswajanie... czyli trochę tak, jak w "Małym Księciu".

Fajne? Podziel się na

About the Author

Autor bloga ProstyFacet.pl. Tworzę strony internetowe w Wordpressie. Biegam, kocham taniec, czytam w jęz. angielskim i francuskim. Choć jestem inżynierem, zawsze interesował mnie człowiek.

Leave a Reply 0 comments

Leave a Reply: